Nowe Pokolenie Hogwartu
Nawet kiedy myślisz, że to już koniec, oni cie zaskakują.
wtorek, 29 lipca 2014
1 Rozdział
Witam, witam! Jest to mój pierwszy blog i mam nadzieję że wam się spodoba ;). Jest o nowym pokoleniu w Hogwarcie. Zapraszam...
***
Idę szarą ulicą, pełną niezapalonych lamp ulicznych, sterczących samotnie na chodniku. Tłum ludzi przepycha się, niektórzy krzyczą i klną pod nosem. Ciemne chmury, zapowiadające deszcz, wiszą nad głowami. Zwyczajny poranek w Londynie. Daleko lśni znajomy budynek. Dochodzę do niego i kieruję się na peron 9 i 3/4. Wchodzę w ścianę i znajduje się w tym znajomym miejscu, w którym co roku żegnał mnie mój chrzestny. Do dzisiaj. Dzisiaj nie mam wsiąść do znajomego pociągu, który zawiózłby mnie do mojego drugiego domu, do Hogwartu. Już nie jestem jego uczniem. Ręce mi się trzęsą jak o tym myślę.
I jeszcze ona. Dziewczyna którą pokochałem, którą nadal kocham. Jest ode mnie młodsza i wraca do Hogwartu. Szczęściara. To właśnie ją będę dzisiaj żegnać. Daleko w tłumie uczniów błyszczą jasne włosy. Biegnę w te stronę i mam całkowitą pewność, że to ona. Łapie ją od tyłu i przyciągam do siebie. Dziewczyna odwraca się zaskoczona i uśmiecha się radośnie na mój widok.
- Victoire.. - szepczę tuląc ją do siebie.
Dziewczyna unosi się na palcach i lekko całuje mnie w usta. Przywieram do niej mocniej, a drobny całus przeradza się w namiętny pocałunek. Viki zarzuca mi ręce na ramiona i przyciąga bliżej. Zamykam oczy i rozchylam jej usta. Nagle słyszę chichoty. Puszczam dziewczynę, otwieram oczy i widzę grupkę dziewczyn stojących obok. Wszystkie zakrywają usta i chichoczą jak oszalałe. Spuszczam wzrok i się czerwienię. Zaczynam wyglądać jak burak. Widzę, że Victoire również się rumieni. Stoimy jak debile, rumieniąc się i obejmując. Puszczam Viki i robię krok w tył. Ma na sobie legginsy i białą koszule z czarnym kołnierzykiem. Włosy spięła wysoko, zostawiając kilka pasm opadających jej na ramiona. Błękitne oczy wpatrują się we mnie, tryskając radosnymi iskierkami.
Daleko w tyle widzę Jamesa i Albusa, a obok nich Rose. Stoją wyprostowani, a Ron i Harry coś do nich cicho mówią.
Nagle przypominam sobie że Albus i Rose dzisiaj jadą pierwszy raz do Hogwartu.
- Poczekaj - mówię. - Zaraz wrócę, chce tylko pożegnać się z Rose i Albusem.
- Dobra, poczekam! - woła Victoire, ale ja już przepycham się między tłumem w stronę dwójki pierszorocznych.
- Hejka maluchy! - łapię te dwójkę i mocno tulę do siebie. - Jak tam, boicie się?
- Teddy, dusisz.. - sapię Rose, próbując mnie odepchać.
- Zgadzam się z tobą absolutnie, Rose.. - szepczę zielonooki i wyrywa się z mojego uścisku.
- Haha, sorka - mówię. - No i jak, boicie się Hogwartu?
Zaczynam udawać ducha, a zażenowana Rose prycha z pogardą.
- Teddy, mamy jedenaście, nie pięć lat. - wzdycha. - Widać, ty niekoniecznie.
- Ja się o was martwię, a ty wyjeżdżasz z tym tekstem? Moja krew! - klepie ją po głowie.
W tym momencie rozbrzmiał dzwonek informujący o odjeździe pociągu. Przytulam jeszcze raz dzieciaki, wołam słowa pożegnania i biegnę w stronę Victoire. Niestety, dziewczyna zdążyła wsiąść już do pociągu. Macha mi przez okno. I pociąg ruszył. Stoję na peronie i wpatruję się czerwony tył ostatniego wagonu. Nagle czuje lekki ciężar na ramieniu. Harry podszedł tak cicho, że nawet tego nie poczułem. Staliśmy tak jeszcze chwilę, patrząc za obłok pary pozostawiony przez pociąg, aż wreszcie ruszyliśmy do domu.
***
Jeszcze chwilę patrzę na znikającą postać taty i Teddy'ego. Siadam na swoim miejscu i wpatruję się w szybę. Na siedzeniu na przeciwko siedzi Rose. Jej granatowa bluzka z błyszczącym kwiatkiem odbija się w szybie. Za oknem widać zielony las, a w śród drzew wystają głowy zaciekawionych zwierząt. Mijają długie piętnaście minut, gdy Rose nagle chrząka cicho.
- Albusie, nie żebym nie lubiła ciebie i twojego towarzystwa, ale chciałabym poznać nowe koleżanki.. - spogląda na mnie. - Nie będziesz zły?
- Ależ oczywiście, że nie. - zapewniam ją. - I tak chciałem się zdrzemnąć, więc..
Jednak Rose szybko mi przerywa.
- Dziękuje! - wstaje, obejmuje mnie lekko, zabiera swoje rzeczy i wychodzi.
Zostaje sam w przedziale. Będę musiał się przyzwyczaić do tej samotności. To przecież nic trudnego. Zawsze mogę sobie wyobrazić swojego własnego przyjaciela i rozmawiać z nim w myślach, żeby nikt nie pomyślał że kompletnie mi odbiło. Ale będzie to jednak rozmowa z samym sobą i wtedy ten przyjaciel, zostanie moim drugim wcieleniem. To niedorzeczne. Muszę kogoś poznać, z kimś się zakolegować. Nie mogę skończyć tak jak w wcześniejszej szkole. Gdy wszyscy chłopcy szli grać w piłkę nożną, ja siadałem pod drzewem z książką i kompletnie się w niej zatracałem. Potem całe tygodnie wyobrażałem sobie, że żyje wśród elfów i nawet tato nie mógł mnie otrząsnąć z tego transu. Tata. Gdyby tu był, na pewno by mi pomógł. Jestem jednak sam. Siedzę sam w przedziale, sam ze sobą rozmawiam, sam jej czekoladową żabę od mamy. Nie rozmawiam z nikim rzeczywistym, z nikim kogo mógłbym polubić. Od lat jestem sam. I chyba tak zostanie. Ale gdy tak siedząc w zupełnej ciszy, zaczynam powoli zasypiać, do przedziału wchodzi ciemno włosy chłopak. Ubrany jest w czarną bluzkę z nieznanego mi zespołu, ciemne spodnie, a jego włosy sterczą w ogólnym nieładzie. Jest średniego wzrostu, a ubrania po prostu na nim wiszą. Wygląda jakby w ogóle nie jadł. Ma ostre rysy twarzy, przez co wygląda jakby był ode mnie starszy Wiem jednak, że tak nie jest, ponieważ w ręku trzyma czarną szatę bez herbu jednego z Czterech Domów. Chłopak omiata przedział spojrzeniem i zatrzymuje swoje czarne oczy na mnie.
- Cześć, jestem Nico di Angelo. A ty?
***
Przepraszam że taki krótki ;-; Będę pisała dłuższe, obiecuje. I jak wam się podoba wkręcenie postaci z Percy'ego Jacksona? Proszę o szczere komentarze, one bardzo motywują ;3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)